330 lat Rozwadowa

Rozwadów miasto zwykłe i niezwykłe zarazem. Założone w głębi kraju, ale w pewnym okresie nadgraniczne. Kupieckie, rzemieślnicze, ale i książęce. Małe, ale niegdyś ważne jako węzeł kolejowy. Wielokulturowe i patriotyczne. Choć wciąż istnieje, nie ma go na mapie.

Dziś jest osiedlem Stalowej Woli o specyficznym charakterze. Zachował się jego tradycyjny układ architektoniczny, interesujące zabytki sakralne i niepowtarzalna atmosfera. Zachowali się też w pamięci niezwykli ludzie, którzy tutaj żyjąc, zaznaczyli swój ślad w gospodarce, kulturze, oświacie, medycynie, w obronie kraju, w zachowaniu jego dziedzictwa materialnego i duchowego.

W 330 rocznicę powstania Rozwadowa w sentymentalną podróż po historii niegdysiejszego   miasteczka zabierze nas: Irenka, Mundek, Jurek, Kaziu i Andrzej.

Śledź ich wspomnienia na FB oraz Instagramie Muzeum.

Do Rozwadowa przywiodła ich przede wszystkim praca zawodowa rodziców. Inni, jako przesiedleńcy, bądź uchodźcy, szukali w miasteczku schronienia przed wojenną pożogą. Później już jako dorośli ludzie z ogromnym sentymentem powracali tutaj, a odwiedzając Muzeum dzielili się z nami swoimi wspomnieniami i pamiątkami.

To osoby, które będąc dziećmi doświadczyły również okropieństw II wojny światowej. Wojna zabrała im duży fragment dzieciństwa, były świadkami najokrutniejszych wojennych zbrodni, towarzyszył im głód, ból, tułaczka, strach przed bombardowaniem. Mimo wszystko Rozwadów jawi się w ich wspomnieniach, jako miejsce wyidealizowane, pełne bliskich im ludzi, dziecięcych zabaw, pamiątek i szczęśliwych przeżyć. Ten, być może ubogi i na pierwszy rzut oka mało atrakcyjny miejski pejzaż był dla nich ostoją radosnego życia i beztroski.

Na chwilę przenieśmy się do krainy ich dzieciństwa, tego najbardziej magicznego czasu w ich życiu. Czasu spędzonego z rodzicami, przyjaciółmi, ukochanym pupilem, dzielonego pomiędzy szkołę, kościół, codzienne obowiązki i szalone, często niebezpieczne zabawy. Poznajmy Rozwadów z ich perspektywy.

Ze względu na nietypową sytuację, w której się znaleźliśmy, nasze działania dotyczące jubileuszu przenieśliśmy do mediów społecznościowych i naszą stronę www, na której można śledzić losy i wspomnienia kolejnych bohaterów. Cykl będzie trwał przez najbliższe tygodnie. Ich relacje i udostępnione Muzeum zdjęcia do tej pory jeszcze nie były publikowane, tym bardziej zachęcają do zapoznania się z nimi. Podróż sentymentalna do Rozwadowa, to podróż do miejsca związanego z dzieciństwem, z młodością, bliższą bądź dalszą rodziną, to wyprawa do krainy, która przywołuje wspomnienia. Niech myślą przewodnią tej podróży przez wspomnienia będzie pewne zdanie wypowiedziane przez jedną z bohaterek, Irenę Kurpiel-Bień: „Nie było w moim życiu ani jednego dnia, w którym nie myślałabym o Rozwadowie”.

Na początek przedstawimy biografie i fragmenty wspomnień pierwszych bohaterów naszego cyklu: Ireny i Rajmunda.

Irena Kurpiel-Bień, ur. 1930, córka Franciszka (ur. 1900 w Zagórzu, zm. 2003 w Lublinie) i Walerii z d. Litwin (1906-1975). Jej ojciec, por. Franciszek Kurpiel, był weteranem wojny polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej. Brał udział w Bitwie Warszawskiej i nad Niemnem. Na wojnie stracił dwóch braci. Franciszek, tak jak jego ojciec, wybrał zawód kolejarza i podjął pracę na kolei w Rozwadowie. Wraz z żoną Walerią osiedli w Rozwadowie w 1929 r. Zamieszkali w kamienicy na wprost dworca kolejowego, przy dzisiejszej ulicy Dąbrowskiego. Tu na świat przyszły ich córki, w 1930 roku Irena, a w 1933 Alina. Irena w czasie wojny ukończyła szkołę podstawową w Rozwadowie, a edukację gimnazjalną kontynuowała na tajnych kompletach, organizowanych w Pławie, w domu Witolda i Marii Kossowskich. W czasie wojny rodzina Kurpielów kilkakrotnie musiała opuszczać swoje mieszkanie, w obawie przed bombardowaniami i ostrzałem artyleryjskim. Chronili się wówczas u znajomych na Piaskach, w klasztorze lub w Charzewicach u pp. Grązów, niedaleko dworu Lubomirskich. Z tamtego czasu Irena zapamiętała na zawsze głośny wybuch obok klasztoru kapucynów, który pozbawił ją słuchu na kilka dni. W czasie kiedy Niemcy rozpoczynali swój odwrót wypierani przez Armię Czerwoną, rodzina próbowała przedostać się z klasztoru – gdzie się ukrywali – do domu, aby zabrać z niego najpotrzebniejsze rzeczy, i utknęła koło domu notariuszy Miąsików. Nieustanny ostrzał późnym wieczorem uniemożliwiał Kurpielom powrót do domu, chociaż dzieliło ich od niego zaledwie kilkadziesiąt metrów.

Po wojnie Irena kontynuowała naukę w Państwowym Liceum i Gimnazjum w Stalowej Woli, gdzie należała do żeńskiego zastępu harcerskiego. Zapamiętała sylwetkę dyrektora Witolda Habdank-Kossowskiego, który przed szkołą z szacunkiem witał każdego przybyłego ucznia. W dniu, w którym dyrektor ogłosił swoje odejście ze stanowiska, wszyscy uczniowie płakali, mimo że był człowiekiem dość surowym i zasadniczym. O wiele łagodniejszą profesor Marię Kossowską Irena zapamiętała, jak ta prowadziła w szkole nabożeństwa majowe.

Największy szacunek z czasów mojej młodości zachowałam do pp. Profesorów Marii i Witolda Habdank-Kossowskich. (…) ich niewielki domek we wsi Pławo, do którego podczas okupacji przychodziła młodzież z okolicy po wiedzę, był również oazą patriotyzmu i polskości. Atmosfera przypominała mi mój dom rodzinny w Rozwadowie.

Przez 19 lat pobytu w Rozwadowie utkwił w jej w pamięci pierwszy dzień w szkole. Nauczyciele, szczególnie ulubiona pani Józefa Krasoniowa, katecheta – ksiądz Walery Jasionowski, który… gdy tylko zauważył, że któremuś ze szkolnych dzieci rusza się mleczny ząb, wyrywał go i kazał rzucać za piec.

Serdeczną przyjaciółką Ireny była koleżanka z piętra kamienicy kolejowej – Elżbieta Szyngiera. Wspólne zabawy w ogrodzie za kamienicą, festyny w parku kolejowym, jazda na sankach, spacery z rodzinami do lasu, nad San, wyjścia do kościoła to najbardziej radosne wspomnienia przeżytego w Rozwadowie dzieciństwa.

Rodzina Kurpielów mieszkała tu do 1949 r. W tym czasie służbowe przeniesienie Franciszka do Tomaszowa Mazowieckiego zbiegło się z podjęciem studiów przez Irenę na UMCS w Lublinie. Ta po ukończeniu studiów pozostała na uczelni, jako wykładowca na kierunku farmacja, gdzie pracowała do 1991 r. Obecnie przebywa na emeryturze.

Rajmund Ulatowski urodził się w 1929 roku w Toruniu. Jego rodzice to Gertruda (1906-1992) i Stanisław (1901-1983). Dzieciństwo, aż do ewakuacji we wrześniu 1939 r., spędził wraz z rodzicami w Toruniu. Tam też na świat przyszła jego siostra Alina (ur. 1934). Stanisław, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, po jej zakończeniu postanowił zostać w wojsku. Był szefem baterii w 1 Dywizjonie Pomiarów Artylerii w Toruniu. 3 września podoficer Stanisław Ulatowski zdecydował, iż jego rodzina musi opuścić bombardowane miasto. Ich dramatyczna tułaczka trwała półtora miesiąca. W połowie października dotarli do Brandwicy, a później zamieszkali w Rozwadowie. W Brandwicy od końca lat trzydziestych mieszkali bracia Gertrudy – Wacław i Walenty Schulz. Obaj pracowali w restauracji Migielskich, na wprost dworca kolejowego w Rozwadowie. Ulatowscy w Rozwadowie zamieszkali w Rynku, na parterze kamienicy opuszczonej przez Żydów. Gertruda i Stanisław otworzyli tu sklep z porcelaną i naczyniami kuchennymi. Całą okupację i jeszcze kilka lat po wojnie rodzina Ulatowskich spędziła w Rozwadowie. Rajmund zamiast pójść do wymarzonego Korpusu Kadetów, kształcił się we wszystkich dostępnych wówczas w Rozwadowie formach edukacji: szkole rolniczej, handlowej i na kursach stenografii i maszynopisania. Po wojnie znalazł się w gronie pierwszych rozwadowskich maturzystów. Po wyzwoleniu wraz z ojcem pracował w Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” Charzewice-Rozwadów. Rodzice i siostra Stanisława pozostali w Rozwadowie. Rajmund w 1948 r. wyjechał do Poznania studiować na Akademii Handlowej. W 1951 r. otrzymał powołanie do wojska, a po roku rozpoczął służbę zawodową. Od 1967 r. pracował w Głównej Kontroli Wojskowej Ministerstwa Obrony Narodowej. Służbę zakończył w 1990 roku w stopniu pułkownika. Obecnie przebywa na emeryturze.

Ze wspomnień Rajmunda: I tak pewnego październikowego wieczoru nasza rodzina znalazła się w Rozwadowie, w innym świecie! Po wielotygodniowej tułaczce, spaniu w stodołach w byle jakich warunkach, jedzeniu ziemniaków w mundurkach posypanych wydzielaną ciemną solą, myciu się w zimnej wodzie pod studnią, załatwianiu potrzeb fizjologicznych za stodołą itp. – skromne mieszkanie wujków (pokój z kuchnią) wydało się nam pałacem. Było światło elektryczne, meble, ubikacja (co prawda na dworze, ale do używania, a nie do wykazania się przed policją), miednica z ciepłą wodą, obrus i nakrycia stołowe oraz normalne jedzenie. Ale nade wszystko cieszyliśmy się, że dotarliśmy do swoich, do rodziny, i że jakiś trudny i niebezpieczny etap życia szczęśliwie mamy za sobą.

Co zapamiętałem z tego okupacyjnego Rozwadowa? Przede wszystkim był to dla mnie nowy, nieznany świat, w którym czułem się obco. Nagle z wojewódzkiego miasta znalazłem się w małym, żydowskim miasteczku, o innych obyczajach i kulturze, bez kolegów, przytłoczony wydarzeniami ostatnich miesięcy (przegrana kampania, ewakuacja, niepewność losu).

Z początków naszego pobytu w Rozwadowie zachował mi się w pamięci obraz rynku ze sklepikami żydowskimi, z Żydówkami w perukach siedzącymi na progu, z ruchliwymi Żydami w chałatach, myckach lub kapeluszach, z pejsami i brodami. Kaleczyli język polski, a między sobą porozumiewali się niezrozumiałym dla mnie szwargotem. Był to dla mnie inny świat, nieznany, obcy, hermetycznie zamknięty.

Do takiego opuszczonego przymusowo sklepu i połączonego z nim mieszkania przy Rynku nr 14 (obecnie nr 11) przeniosła się nasza rodzina. Zarówno sklep, jak i mieszkanie były puste. Na futrynie drzwi wejściowych do mieszkania znajdował się ślad po mezuzie. Takie ślady były przy drzwiach prawie wszystkich znanych mi mieszkań w Rozwadowie.

Pamiętam jak w mieszkaniu na tyłach pobliskiego domu (chyba pod nr. 18) odbywał się pogrzeb starej Żydówki. Wyprowadzeniu zwłok na kirkut towarzyszyły płacze rodziny i lamenty płaczek.